POROZUMIENIE KIK

Serwis Porozumienia Klubów Inteligencji Katolickiej

Stefan Wilkanowicz: Przemówienie podczas obchodów 25 lecia KIK w Tarnowie 14.10.2006

Dziękuję bardzo za to miłe zaproszenie - z Tarnowem jestem związany już długą tradycją i trochę rodzinnie. Już nie pamiętaStefan Wilkanowiczm ile razy byłem w tarnowskim KIK-u, okazji było wiele, a przyjazd zawsze przyjemny.

Dzisiaj chciałbym przedstawić Państwu garść refleksji na temat przeszłości i przyszłości. Przeszłości to znaczy roli Klubów Inteligencji Katolickiej, a potem zmian, które nastąpiły i nowych trudności, nowych zadań.

Doskonale wiemy, że dawniej możliwości działania bardzo nielicznych klubów były bardzo ograniczone, a innych organizacji katolickich prawie nie było, takich, które by mogły oficjalnie działać i mieć jakąś niezależność. Były duszpasterstwa rozmaitego rodzaju, w ramach których prowadzono pewną działalność zbliżoną do organizacji katolickich, ale formalnie biorąc za wszystko odpowiadali księża i wszystkim oni kierowali , a świeccy byli tam „jakby ich nie było”, bo musieli być tak jakby trochę schowani, czasem po prostu dlatego, żeby ich za bardzo nie eksponować, nie narażać na naciski czy represje.

Zatem te możliwości oddziaływania były bardzo skromne. Przecież pamiętamy, że na zebrania otwarte klubu trzeba było mieć każdorazowe pozwolenie władz. Nieraz nie było to takie proste. Trzeba więc sobie wyraźnie powiedzieć, że kluby oddziaływały na dosyć wąski krąg ludzi, na tych, którzy czuli się bardziej związani, którzy częściej przychodzili do klubu, słuchali prelekcji czy dyskutowali.

Były oczywiście jakieś możliwości oddziaływania poprzez prasę, ale prasa była też ograniczona, a poza tym działała cenzura, więc nie wszystko dało się powiedzieć.

W drugim, łagodniejszym okresie systemu socjalistycznego, kiedy reżim już trochę zelżał, organizowaliśmy działania szersze - tygodnie kultury chrześcijańskiej. Były ważne, na ówczesne czasy bardzo ważne, ale ich wpływ też był liczbowo ograniczony. Czasem organizowano – niezależnie od „tygodni” - odczyty w różnych parafiach, ale też miało to ograniczony zasięg. Nie należy jednak nie doceniać wpływu tych wszystkich inicjatyw. Były one bardzo cenne i cenione – jako dobro rzadkie. W zestawieniu z normalną ofensywą ideologiczną było to pokazanie innego sposobu myślenia, innych wartości i innego języka.

To ostatnie wydaje mi się ważne i dotyczy całego duszpasterstwa. Nie można lekceważyć języka. To, że ludzie mogli sobie raz w tygodniu pójść do kościoła i usłyszeć kazanie gdzie były inne treści, inny język niż oficjalny, to było ważne. Ten inny język łamał monopol ideologii i monopol pewnych sformułowań, monopol, powiedziałbym, pewnych manipulacji językowych.

To wszystko było ważne, ale, jak powiedziałem, oddziaływanie było dosyć ograniczone. Co się w tym czasie udało jednak osiągnąć? Myślę, że pewna znacząca ilość ludzi osiągnęła pewien poziom formacji chrześcijańskiej oraz pewną sprawność i chęć działania. To było w owych czasach bardzo ważne ponieważ system uczył bierności, nieufności i podporządkowania się. Zatem łamanie państwowego monopolu nawet na niezbyt szerokich polach już było dosyć ważne. Gdy popatrzymy co się stało po upadku komunizmu to widać, że wielu członków klubów znalazło się na rozmaitych stanowiskach państwowych czy parlamentarnych. Choćby tutaj wspominany pan poseł Gładysz. Okazało się, że to ograniczone oddziaływanie dało jednak pewne wyraźne skutki – i wartości. Okazało się zresztą także, że tych ludzi było za mało jak na ogromne zadania, które przed nimi stanęły. Niemniej było to wyraźne osiągnięcie.

Natomiast dzisiaj mamy sytuację inną. Sądzę, że nie całkiem pozbyliśmy się obciążeń

socjalizmu, pewnych obciążeń „mentalnościowych”. Zmarły przed kilkoma laty filozof rosyjski Julij Anatolijewicz Szreider kiedyś napisał, że człowiek i społeczeństwo rosyjskie przeżywają „katastrofę antropologiczną”, to znaczy taką deformację człowieka i życia społecznego, że to już należy nazwać katastrofą. I dalej pokazywał elementy tej katastrofy, tych deformacji oraz sposobu oddziaływania systemu. Myślę, że może nie doceniamy tego wpływu poprzedniego systemu, który w niewidoczny sposób, ale jednak dalej istnieje w mentalności wielu ludzi. Wyraża się na przykład w rozpowszechnionej nieufności, bierności i zamieszaniu intelektualnym. To jeszcze jakoś w ludziach jest. W nas wszystkich jakoś jest. Dobrze widomo, że demokracji nie można się nauczyć w konspiracji. Ma ona zupełnie inne metody działania - antydemokratyczne. Konspiracja, która walczy z totalitaryzmem może osiągnąć sukcesy w jego obalaniu. Ale nie osiąga kultury demokratycznej, która jest konieczna dla normalnego, zdrowego rozwoju życia społecznego. Tę kulturę demokratyczną czy polityczną staraliśmy się po trochu budować w ramach pracy KIKów, ale nie dało się tego robić na szerszą skalę. Dzisiaj natomiast mamy właściwie pełną wolność ( choć nie wszyscy, bo ludzie bardzo biedni w praktyce ze swoich praw człowieka i obywatela w praktyce mogą korzystać w niewielkim stopniu), ale równocześnie istnieje pewnego rodzaju słabość w dziedzinie postaw, bezradność wobec, powiedziałbym, „relatywizmu rozsianego”. To znaczy przekonania, że właściwie wszystko jest dosyć względne.

W czasie komunizmu uczono nas, że istnieje jedyna prawdziwa ideologia, natomiast dzisiaj niektóre prądy nas uczą, że nie ma żadnej prawdy. Są tylko indywidualne i zmienne opinie. Otóż jest to zagrożenie mało widoczne, to nie jest twardy walec ideologii, jakaś zmasowana i wszechobecna propaganda, to jest coś bardziej niewidocznego, czym oddychamy i co nas jednak też kształtuje.

Stąd mamy dzisiaj jak gdyby podwójne zagrożenie. Z jednej strony nie całkiem pozbyliśmy się dawnych naleciałości, a z drugiej oddziałują na nas w dosyć niewidoczny sposób nowe deformacje. Dlatego sytuacja nie jest wcale łatwa. Cieszymy się wolnością, ale nie jest to łatwa sytuacja. Myślę zresztą, że jeżeli przyglądamy się samym sobie, to znaczy przyglądamy się katolikom polskim, to można powiedzieć, że z jednej strony jest całkiem nieźle z praktykami religijnymi - w porównaniu z innymi krajami. Może nawet jesteśmy krajem wyjątkowym gdzie jest wyjątkowo dobrze. Ale równocześnie, gdy się spróbuje zobaczyć jaka jest zawartość umysłów ludzi, którzy deklarują się jako katolicy, to zaczyna to być bardzo niepokojące. Mamy nieraz wrażenie - sądząc po rozmaitych badaniach - że to jest mieszanka najdziwniejszych poglądów. Trzeba powiedzieć, że większość katolików ma poglądy zgodne z nauczaniem Kościoła tylko w pewnych fragmentach, a w innych zupełnie niezgodne, albo czasem zdumiewająco dziwaczne, absurdalne - a ludzie, którzy takie poglądy mają nie zawsze z tego sobie nawet zdają sprawę,

Tu muszę powiedzieć, że kiedyś jeden z moich przyjaciół pracujących na KUL-u zrobił ankietę wśród swoich studentów pierwszego roku filozofii chrześcijańskiej. Wtedy, gdy ktoś się decydował pójść na KUL i to na filozofię chrześcijańską, to był to ktoś, który miał silną motywację. To było jakaś elita. W ankiecie zadał kilka podstawowych pytań dotyczących najbardziej znanych prawd wiary. Okazało się, że niespełna jedna dziesiąta odpowiedziała prawidłowo na te pytania. Znaczyło to, że mając silną motywację i wysoki poziom życia duchowego też mieli w głowach dziwną bardzo sieczkę.

Takie problemy były i dalej istnieją. To jest dla nas bardzo poważne zadanie - w jaki sposób dotrzeć szeroko, do ogółu mieszkańców naszego kraju. I trzeba sobie tu chyba jasno powiedzieć, że musimy szukać nowych rozwiązań.

Duszpasterstwo niedzielne - mimo długofalowych programów kaznodziejskich nie jest w stanie dać ludziom dorosłym systematycznej, całościowej formacji. Nie jest w stanie, to się po prostu nie da zrobić. Jeżeli to jest taki cykl, który daje pewną całość po paru latach, to on jest przerywany aktualiami.

Trzeba szukać innego sposobu oddziaływania i innej metody, metody dla ludzi dorosłych. To musi być metoda interaktywna, metoda dialogu, pytań, poszukiwań.

Dla mnie taka metoda była w idealny sposób zastosowana w czasie Duszpasterskiego Synodu Archidiecezji Krakowskiej zwołanego przez księdza kardynała Wojtyłę. Gdzie pięćset zespołów, w większości złożonych ze świeckich, przez siedem lat dokonało przeglądu doktryny katolickiej w jej zastosowaniach w codziennym życiu. To dla mnie pozostaje ideałem. Trzeba szukać sposobu jak to można by dzisiaj robić w sposób normalny, powszechnie, codziennie, a nie tylko poprzez wydarzenia wyjątkowe.

Najważniejsze wydaje mi się zrozumienie powołania chrześcijańskiego.

Obawiam się – daj Boże abym się mylił – że duża część polskich katolików odruchowo utożsamia je z powołaniem kapłańskim czy zakonnym. A to są przecież powołania specjalne. Oczywiście niezwykle ważne, ale nie dotyczące wszystkich chrześcijan.

.W cieniu pozostaje powołanie każdego chrześcijanina, które w istocie rzeczy jest powołaniem do jakiejś formy naśladowania Chrystusa, pójścia za Chrystusem. Dla mnie bardzo wymowny był tu podział dokumentów wspomnianego Synodu. Ksiądz Kardynał zaproponował podział bardzo prosty – wedle trzech misji Chrystusa - tria munera, jak mówią teologowie. W pierwszej części znalazły się teksty dotyczące misji kapłańskiej (modlitwa, ofiara),. Druga część odnosiła się do misji prorockiej, nauczycielskiej, a więc do wszystkiego tego co się wiąże z przekazywaniem Dobrej Nowiny. A trzecia część obejmowała dokumenty związane z misją pasterską, czyli najszerzej rozumianej misją czynienia dobra – wobec pojedynczych ludzi, ale także w społeczeństwie, także w skali globalnej, w odniesieniu do cywilizacji. Prostota i głębia tego podziału była dla mnie bardzo wymowna.

Przypomniały mi się słowa, które usłyszałem przed pół wiekiem na rekolekcjach akademickich w Warszawie gdzie kaznodzieja powiedział, że chrześcijanin to jest taki człowiek, który się czuje osobiście związany z Chrystusem. To zdanie będę pamiętał do końca życia. Ono dokładnie odzwierciedla przekonanie, że chrześcijanin to nie tylko ten, który przestrzega przykazań i uczestniczy w niedzielnej mszy świętej, ale to ten, który czuje się osobiście związany z Chrystusem, za Nim idzie. Jeżeli tego nie ma to możemy mówić o chrześcijaństwie tradycyjnym, kulturowym, ale nie o pełnym chrześcijaństwie.

Stoi więc przed nami wszystkimi ogromne zadanie – tę świadomość powszechnego i pełnego powołania chrześcijańskiego upowszechnić, doprowadzić do możliwie wszystkich tych, którzy się za chrześcijan uważają.

Jak to robić? Nie chciałbym dzisiaj na to pytanie odpowiadać, bo to wymaga dłuższych refleksji i bardzo rozmaitych sposobów podejścia. Dzisiaj tylko sygnalizuję problem, może coś dopowiem w Krakowie, gdzie niektórzy z nas spotkają się niebawem. A te wstępne uwagi wprowadzimy do Internetu aby wielu zachęcić do dalszego ciągu refleksji.

Dam tylko jeden niewielki przykład metody budzenia poczucia chrześcijańskiej współodpowiedzialności i budowania wspólnoty. To jest przykład z bazyliki Santa Maria in Trastevere w Rzymie czyli bazyliki, której tytularnym proboszczem jest każdorazowy Prymas Polski. Oczywiście faktycznym duszpasterzem jest ktoś miejscowy. Ten, którego wtedy poznałem (dziś jest już biskupem), prowadził parafię w bardzo prosty, a jednocześnie nowoczesny sposób. W przygotowaniu niedzielnej liturgii brały udział rozmaite zespoły istniejące w parafii i to było widać, to się czuło. Do nich należał wybór pieśni i ich wykonanie. Nie było zwykłych ogłoszeń parafialnych, zbyt często pośpiesznie i nudnawo odczytywanych, lecz realizowali je przedstawiciele rozmaitych zespołów działających w parafii, którzy kolejno podchodzili do mikrofonu i informowali co ich zespól robił ostatnio, jakie mają problemy i dalsze plany, do jakiej współpracy zapraszają parafian.

Z ich wystąpień zrozumiałem najwyżej połowę, bo język włoski znam bardzo słabo, ale czułem się członkiem tej parafii, czułem się we wspólnocie. Czułem, że to jest rzeczywiście wspólnota wspólnot. To jest tylko przykład pokazujący w jakim kierunku należy iść. Ale są jeszcze rozmaite inne możliwości, które czasem tu i ówdzie się realizują, ale najczęściej pozostają szerszemu ogółowi nieznane.

Inny przykład. Kiedyś poprosiłem księdza arcybiskupa Życińskiego żeby zrobił w parafiach małą ankietę, zapytał co się robi dla biednych i bezrobotnych. Posłał ankietę do kilkudziesięciu parafii, które potem odesłały swoje odpowiedzi, zwięźle redagowane. Przeczytałem je i byłem rzeczywiście zaskoczony, bo oczywiście były takie parafie, w których nic się nie działo (i nie miało zamiaru się dziać), ale były i takie, które miały zupełnie zaskakujące pomysły, w jaki sposób można ludziom pomagać i w jaki sposób tych ludzi można aktywizować. Nie dało się tego wykorzystać natychmiast z tej prostej przyczyna, że były to odpowiedzi skrótowe. Żeby móc te doświadczenia upowszechnić trzeba by było tam pojechać i z ludźmi na miejscu porozmawiać.

Widać z tego, że dzieją się rozmaite rzeczy, bardzo pozytywne, tylko, że nikt o nich nie wie. Trzeba znaleźć metodę komunikacji by się doświadczeniami wymieniać i tą drogą rozwijać głębszą formację chrześcijańską. Myślę, że dałoby się także i prasę w to wciągnąć. Zazwyczaj prasa broni się przed nudnymi wykładami, nastawiona jest na „newsy”, na ostre konkrety. Ale bardzo dobry dziennikarz mógłby znaleźć taką metodę osiągania formacji systematycznej, robionej w interesujący sposób i stale w dialogu z czytelnikami. Tu zresztą trzeba powiedzieć, że ten dialog z czytelnikami jest dzisiaj gorszy niż dawniej. Zanikają na przykład głębsze reportaże. Nikomu się tego nie chce robić. A tymczasem jest to bardzo dobra forma, pozwalająca znaleźć i wydobyć interesującą rzeczywistość.

Czasem sobie mówię, że jednym z powołań dziennikarza jest poszukiwanie mądrości ukrytej. Wśród ludzi jest nieraz bardzo wiele mądrości. Wśród ludzi prostych, wcale nie wykształconych, ani nie zabierających publicznie głosu. Nikt ich nie pyta, nikt z nimi nie rozmawia, nikt im nie daje okazji do wypowiedzi. Dawne ankiety „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”, które nie były sondażami opinii publicznej lecz zaproszeniami do refleksji na jakiś temat, dawały nieraz bardzo dobre rezultaty. Okazywało się, że ludzie którzy nigdy nie zabierają głosu, nigdy nie piszą artykułów, są dobrymi pisarzami gdy piszą o sprawach, które ich najgłębiej dotyczą.

A ponadto borykamy się z obciążeniami starego polskiego indywidualizmu i postkomunistycznej nieufności - nawet organizacje czy środowiska, które robią mniej więcej to samo i powinny ze sobą współpracować, jak gdyby też się boją tej współpracy. Czasem nie wiadomo dlaczego – czy to jakaś podświadoma nieufność i indywidualizm czy też konkurencja o granty – a przecież wiadomo, że często grantodawcy preferują właśnie współdziałanie….

Myślę że mamy przed sobą bardzo poważne i trudne zadania. Potrzebny jest nam wysiłek wyobraźni i chęć współdziałania.

 

XXV lecie Klubu Inteligencji Katolickiej w Tarnowie
Z nagrania na dyktafon spisała Marta Sala
Tarnów, 14 października 2006 r.



odwiedzin od 27.06.2000